• +48 509 289 135

Z betonowego pamiętnika – czyli jak prawie nie zdobyć Korony Maratonów Polskich

Mud Goats > Blog > Z betonowego pamiętnika – czyli jak prawie nie zdobyć Korony Maratonów Polskich

Z betonowego pamiętnika – czyli jak prawie nie zdobyć Korony Maratonów Polskich

Beton Wrz 26, 2016 0 3266

Będzie to najbardziej osobisty z moich wpisów. Może za bardzo osobisty…ale jeśli choćby jednemu z Was pozwoli uwierzyć, że nie wolno się poddawać (nigdy!), to myślę, że warto…

dsc_0742

14 kwietnia 2014 r.

Budzę się.

Próbuję wstać. Chyba nigdy w życiu mnie tak nóżki nie bolały, ale OK – są usprawiedliwione – wczoraj przebiegłem pierwszy w swoim życiu maraton. Pierwszy i ostatni – tak powtarzałem przez ostatnie kilka miesięcy. Mówię do siebie: “Dzień dobry Maratończyku Michale!” i ból jakby doskwiera mniej … 😉

Czytam sobie różne artykuły w sieci (dla maratończyków Michałów i im podobnych), by trafić na info o Koronie Maratonów Polskich. 5 największych/najważniejszych maratonów w ciągu 2 lat (do których przebiegnięty wczoraj ORLEN Warsaw Marathon się nie wlicza).

Taaa, jasneee – głupkowato uśmiecham się do siebie – Raz to mogło się udać, ale .. Nie! No way! Nie ma szans…

Oj, tak, drogi Czytelniku, ziarno właśnie zostało zasiane…

owm__28

 

29 sierpnia 2016 r.

Fajnie się patrzy na te 4 maratońskie medale: Poznań, Kraków, Wrocław, Dębno. W każdym zapisana piękna historia. Trzeba było pojeździć trochę po kraju, trochę pobiegać, ale za niecały miesiąc spełni się jedno z największych – jak do tej pory – betonowych marzeń. Wiem, że do Królewskiego Dystansu trzeba podchodzić z szacunkiem – 42 km 195 m to nie przelewki, ale nie mam też żadnych wątpliwości. To się stanie – ukończę 38. Maraton Warszawski zamykając się idealnie – na styk – w regulaminowych dwóch latach. W końcu w tzw. międzyczasie awansowało się na ultrasa – Korona to niejako już tylko formalność.

Formalnością miał też być odbiór wyników badań lekarskich.  Czuję się bardzo dobrze, jakoś nie docierają do mnie zaniepokojone miny ludzi “w białych kitlach”. Nagle. Ni z tego ni z owego. Pani Doktor prosi Panią Pielęgniarkę: “Siostro, łopatę poproszę!” Ja nie bardzo ogarniam co się dzieje, siostra taszczy ten ciężki szpadel i nim zdążyłem zaproponować pomoc Pani doktor przejmuje “sprzęt” i z konkretnym zamachem: JEB! przywala mi nim w głowę.

Wg personelu medycznego wyglądało to trochę inaczej:

“Panie Michale, tu nie ma innego wyjścia. Musi Pan udać się do szpitala. Na oddział. Hospitalizację musimy rozpocząć jak najwcześniej”

Pani Doktor razem z Panią Pielęgniarką zabierają się za wypisywanie skierowań, a ja siedzę wbity w fotel i czekam.

W środku coś krzyczy: “sorry, ja nie mogę, ja mam plany… zawodowe, sportowe, mudgoatsowe”

Na zewnątrz zaś coś nieśmiało dopytuje: “a czy wiadomo na jak długo?”

“Co najmniej miesiąc. Myślę, że do końca września.”

Nie pamiętam jak to się stało, że jestem w mieszkaniu. Zaryczany ściskam te skierowania i dokumenty, z których rozumiem chyba tylko jedno słowo: “pilne”.

Spoglądam na wieszak na ścianie z brakującym jednym jedynym medalem do Korony. Czyli co? Czyli jednak nie? Przecież będę w tym czasie w szpitalu… Wiem, że “takie marzenia” są teraz najmniej ważne…

Dwa dni później snuję się już w szlafroku po sterylnych korytarzach…

img_20160901_144816

 

24 września 2016 r.

Siedzę w autobusie do Warszawy. Udało się. Udało się wcześniej skończyć leczenie. Dziękuję Wszystkim, którzy w tym cholernie trudnym czasie byli ze mną 🙂 Jedyne co trenowałem to przyjmowanie zastrzyków, a opcja: “Złamię 3h w Warszawie – to dopiero będzie zwieńczenie Korony” musiała zostać ze względów zwykłej odpowiedzialności wyłączona. Ja chcę PO PROSTU to ukończyć. I choć będzie to najwolniejszy maraton w  moim wykonaniu to piękniejszego zwieńczenia Korony nie mogłem sobie wymarzyć…

25 września 2016 r.

Warszawa. Krakowskie Przedmieście. Stoję pomiędzy innymi biegaczami. Za chwilę wszystko się zacznie, ale nim padnie oczekiwane “START” z głośników leci piosenka Czesława Niemena “Sen o Warszawie”. Serce zduszone, a po policzku spokojnie ocieka łza….

Ile to razy śniłem w tym szpitalnym wyrku o Warszawie? Nie liczyłem.

Ruszamy. Jest przepiękna pogoda. Słońce świeci mi prosto  w twarz. Patrzę w jego stronę, by cytując Klasyka nie widzieć cieni. Nie spieszę się w ogóle. Cieszę się. Cieszę się biegiem. Celebruję każdą chwilę. Podziwiam miasto – piękną mamy tę Stolycę. Zdecydowanie najpiękniejszym fragmentem trasy były Łazienki (Park Łazienkowski, nie toy-toye!) Wbiegając tam, czułem, że żyję!

Nie powstrzymywałem się z emocjami. Bo i po co? Nie jestem w stanie – jak bardzo bym się nie starał – przekazać Wam tego co działo się we mnie, w środku.

Nie napiszę o tym, jaka była organizacja biegu – a była pewnie genialna przy takiej liczbie uczestników. Ja jednak nie umiałem się skupiać na nad takimi rzeczami.

Napiszę o Panu w średnim wieku, który machał na trasie ogromną biało-czerwoną flagą. Tak, ten sam tak samo jak na moim pierwszym maratonie… Napiszę o tabliczkach kibiców takich jak: “Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu” czy “Wyglądasz lepiej niż mój transparent”. Napiszę o dziewczynie, która na trzydziestym-którymś kilometrze krzyczała przez megafon: “Zobaczcie! Zobaczcie jak szybko biegnie dzisiaj Michał!” Och, bejbe, wzrok to masz chyba gorszy niż mój, ale ładnym ludziom więcej się wybacza. Jeśli ten świński trucht to “szybki Michał” to znak, że musimy się chyba lepiej poznać… 🙂

Na ostatniej prostej przed metą ryczę już jak dziecko. W duszy dopełnia się katharsis, które zaczęło się w Tatrach 1,5 miesiąca temu. Szczęście wypełnia mnie całego – no może z wyjątkiem prawej łydki, gdzie chwyta silny skurcz. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów… i jest!

dsc_0745

 

Od spełnienia marzeń piękniejsze może być chyba tylko odzyskiwanie tych utraconych! Dolatują do mnie dziennikarze z TVN-u, gdyż skrajne emocje – tak potrzebne w telewizji – widać na odległość. Kręcę tylko głową, że nic nie powiem i odchodzę…

Spoglądam na zrobiony kilka dni wcześniej tatuaż na moim prawym ramieniu. “42.195” – pamiątka po tym, co wydarzyło się latem Roku Pańskiego 2016. Mógł to być napis z cyklu “Never give up”, ale do człowieka z Politechniki liczby zawsze lepiej przemawiają… 😉  Aniu! Dziękuję za pomoc przy dziaraniu betonu! 🙂

dsc_0751

 

Na mecie mój Brat ze Znajomymi. Już po wszystkim. Skończyło się. Coś się w moim życiu skończyło.

To nie tak, że słowo “NIEMOŻLIWE” zostało wykreślone z Betonowego Słownika. Kartka z tym słowem została wydarta, podarta na drobne strzępki, które później spalono.

Jeśli Tobie życie będzie chciało przywalić łopatą w głowę – pamiętaj! Nic nie dzieje się bez przyczyny… 😉 …i cytując mojego Ulubionego Klasyka Klasyków!:

“Nie płacz w liście

nie pisz że los Cię kopnął

nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia

kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno

(…)”

/ks.Jan Twardowski/

7 sierpnia 2068 r.

Warszawa. Krakowskie Przedmieście. Stoję pomiędzy innymi biegaczami. Za chwilę wszystko się zacznie, ale nim padnie oczekiwane “START” z głośników leci piosenka Czesława Niemena “Sen o Warszawie”. Serce zduszone, a po policzku spokojnie ocieka łza….

Budzę się.

Leżę w łóżku i wycieram ten pieprzony policzek.

To był piękny sen…

Spoglądam na moje ramię – skóra pomarszczona, ale OK – jest usprawiedliwiona – w końcu ma przeszło 80 lat… Na ramieniu wyryte dawno temu “42.195”

To nie był piękny sen. To było piękne życie…

Uśmiecham się.

Zasypiam.

dsc_0747

/Beton

Tags:
Scroll Up